Daj, ile możesz

 

Spór o to, czy sprawiedliwie znaczy po równo, czy można inaczej dzielić, by nie krzywdzić, i dać tyle samo choć inaczej trwa już od wieków. Wyznawcy najsprawiedliwszej sprawiedliwości dziejowej i hiper-dokładnego podziału świata, co to kroją tort z kątomierzem;-), statystycznie tak często jak inni zostają…rodzicami. I wtedy się zaczyna;-)

 

Bo czy można ocenić, ile kto daje swojemu dziecku? I czy to tyle samo, co inni? Czy można sprawdzić, czy ów wstaje w nocy tak samo często? Czy karmi tak długo? Czy nosi tak intensywnie? Czy wreszcie poświęca się tak na 100%, w pełni i zawsze, bez granic, aż do zderzenia z ziemią? A jeśli nie, to co? Jak to o nim świadczy?

 

Pewnie nie pisałabym dzisiejszego posta, gdyby nie pewien…bodziak. Bodziak, który najzwyczajniej w świecie strasznie mnie wkurzył. I oburzył. I poruszył. O co chodzi? Potrzymam Was jeszcze chwile w niepewności, żeby troszkę podbić napięciem ten lejzi dej;-)

 

Zanim dojdę do sedna, przypomnę kilka faktów na swój temat:

 

– Jestem fanatyczką bliskości z dzieckiem. Nie rodzicielstwa jakiegośtam, wychowania czy zasad narzucanych odgórnie ale właśnie tej bliskości, przytulaśnej i mięciutkiej, jak puchowa kołderka, która otula nas i skrzy jak poświata z bajek Disneya. Codziennie. Zwyczajnie.

-Jestem chustomamą i doradczynią noszenia – noszenie to moja praca;-)A tak serio serio jedno z najlepszych doświadczeń macierzyństwa. Nigdy nie odmawiam wzięcia na ręce mojego słodkiego, największego w grupie,  Klocka Przedszkolnego,  a czasem noszę dwa Smerfy w tym samym czasie. Uważam, że dziecko od urodzenia najlepiej czuje się tuż przy mamie, a noszenie zaspokaja potrzebę bliskości i stymuluje rozwój.

 

-Jestem etatową karmicielką – Laurę przestałam karmić, gdy ciąża to na mnie wymogła, Wojciecha (20 m) karmię nadal. Jeśli ktoś jeszcze nie widział moich piersi, to znaczy, że słabo się znamy:-p Niektórzy uważają mnie nawet za laktacyjną terrorystkę, choć z tym akurat nie do końca mi po drodze.

 

I właśnie taka ja – zagotowałam się dziś na amen. Umarłam, gdy zobaczyłam bodziaka z napisem ,,Człowiek karmiony piersią”.

Zaskoczeni? Być może nadal nie kumacie, skąd to moje oburzenie, więc spieszę wyjaśnić.

 

Propagowanie karmienia piersią jest spoko, bo w świetle współczesnej wiedzy wiemy, że jest zwyczajnie najkorzystniejszą opcją dla Malucha. ALE..

Karmienie piersią i dyskryminowanie innych sposobów karmienia – NIE.

Karmienie piersią i wymaganie tego od wszystkich matek – NIE.

Karmienie piersią i ocenianie matek niekarmiących – NIE.

Karmienie piersią i pompowanie się pychą – NIE.

Karmienie piersią i poczucie ,,lepszości” – NIE.

 

Być może jestem przewrażliwiona i w tym wypadku chodziło zwyczajnie o kolejny sposób promowania zachowania prozdrowotnego. Sama zresztą dostałam kiedyś śliniaczek dla Wojta ,,Daj cyca” i go zakładałam, a w necie oglądałam bodziaki ,,cycocholik” bez tego nieprzyjemnego uczucia z tyłu głowy, które powoli przeradza się w nieprzyjemne uczucie mdłości. Tym razem i w tej sytuacji dla mnie pewne granice zostały przekroczone – ów ,,człowiek karmiony piersią” to w domyśle.. no właśnie. Ktoś lepszy? Ktoś zdrowszy? Ktoś bardziej kochany? Dla mnie to wprowadzanie sztucznego podziału, to dyskryminowanie, to wreszcie wpędzanie milionów kobiet, które z różnych powodów karmią w inny sposób w poczucie winy, że nie są dość dobre, że ich dziecko – przez nie!! – też takie nie jest.

 

Apeluję więc do Was – czcigodni piewcy równości, linijkowi szafarze dóbr, zmierzeni i policzalni do ostatniej kropli sędziowie świata – przestańcie przykładać do nas – matek – i ludzi! ten swój zardzewiały kątomierz. Przestańcie oceniać i porównywać, przestańcie szerzyć ideę sprawiedliwości rozumianej tak prymitywnie!

Przytulam moje dzieci i wiem, że tego potrzebują. Nie dlatego, że taka ze mnie świetna matka. Jestem psychologiem – zdawałam rozwojówkę i wiem, jakie to ważne. Domyślam się, że na kierunku mechatronika czy architektura pewnie nie było o tym zajęć;-) Przytulam moje dzieci, bo sama byłam wyprzytulana – ale wiem, że nie wszyscy mają takich czułych rodziców jak ja, niektórzy nie mieli ich wcale.

 

Noszę moje dzieci i nosiłam jak wariatka. Ale nie oszukujmy się – nie miałam wyjścia. I choć uważam, że chusty to wspaniały wynalazek ludzkości, gdyby moje dzieci nie były takimi Wyjącymi Ryjkami to pewnie nie miałabym takiej motywacji;-)

 

Karmię piersią i polecam wszystkim. Ale mówiąc szczerze, to właśnie ta rzecz w macierzyństwie, która przychodzi mi najłatwiej – bo nie musze niczego planować, zabierać butelek, łyżeczek i tego całego bajzlu, który pewnie po tygodniu byłby już u mnie zdekompletowany. Mogę karmić w każdej chwili, na spontanie, bez przesadnej refleksji, tak jak żyję. I równocześnie wiem, że nie każda mama ma taka historię karmienia jak ja, taką naturę,  nie każda ma taką motywacje czy wsparcie, o problemach natury biologicznej czy zdrowotnej nawet nie wspominając.

Wiem także, że w sobotę mój syn poparzył sobie rączkę. Bo nie byłam dostatecznie ostrożna – bo z natury jestem mało ostrożna. Bo zabrakło mi tego ,,olaboga” lamentu, który sprawia, że przewidujące matki dmuchają na zimne, że zapobiegają i chronią.

 

O czym to świadczy? A no właśnie – o niczym. Daję moim dzieciom to, co mogę – czego nie mogę, zwyczajnie nie daje. Staram się pracować nad niektórymi sprawami ale w moim wieku już potrafię określić, gdzie nie mam z czego dać;-). Czy to sprawiedliwe? Nie wiem. I tak i nie. Jak życie. Czy to tyle samo, ile dostają inni? Na pewno nie. Mam jednak poczucie, że każda z nas – matek – robi dokładnie tyle samo. I daje tyle samo – najlepszą wersję siebie. Zamiast więc zaglądać innym w cycki skupmy się na tym, co wychodzi nam najlepiej. Karmmy swoje dzieci. Przede wszystkim miłością.

 

Polub i udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *