Matka w niebezpieczeństwie czyli czego się nauczyłam w szpitalu

Zdarza się Wam jechać na resztkach paliwa? Notorycznie wykrzesywać z siebie ostatki sił, desperacko bić rekordy wytrzymałości, powtarzać ,,nie dam już rady”, zaciskać pięści, ocierać łzy i działać mimo wszystko?

 

Wiem że tak. Jeśli jesteście matkami – wiem to na 100%. Pisze dziś o tym właśnie dlatego, że…prawie mnie to zgubiło. Posłuchajcie i strzeżcie się!

 

Nie wiem nawet, kiedy to się zaczęło. Nie pamiętam, od kiedy żyłam w takim szalonym tempie, przestawiona na tryb ,,byle przetrwać”. W weekendy szkoła,
w tygodniu praca i dom z dwójką maluchów, w międzyczasie ogarnianie miliona spraw – po prostu życie. A że w pracy pod koniec semestru jest urwanie…wszystkiego;-), powtarzałam jak mantrę – byle do ferii. Odkładałam na ten mityczny czas dosłownie wszystko – od porządków, przez kontakty towarzyskie po – właśnie –  odpoczynek. I gdy okazało się, że w ostatnim tygodniu mam i Radę, i wywiadówkę i szkolenie bhp – czyli zajęte dodatkowo 3 popołudnia – głośno powiedziałam pewnej sympatycznej Monice, że chyba umrę;-). Oj, jakże wtedy błądziłam! Już następnego ranka okazało się, że grypa rozszalała się na dobre w moim domu i że moja ostatnia deska ratunku – Szanowny Małż – także poległ na polu bitwy, razem z Latoroślami, poczułam, że gorzej już być nie może. O słodka naiwności! Ale do rzeczy..

Ten przydługi wstęp miał jedynie potwierdzić to, co już na pewno sami wiecie – jak się sypie, to po całości. I nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej (zwłaszcza, gdy się głośno narzeka – niestety sprawdzone…;-))

Doczłapałam jakoś do tego ostatniego tygodnia, dowlekłam się cudem do tej środy (jeszcze tylko dwa dni!! – skakałam w duchu). I co? Jajco. Moja Niania zadzwoniła, że Wojtek ma gorączkę. Prosto z wywiadówki – w oficjalnym ,,mundurku” pojechałam więc z Maluchem do lekarza. Diagnoza – zapalenie płuc. Szpital. Zgadnijcie co pomyślałam…znów bardzo się myliłam;-) Gdy około 21 znalazłam się już na oddziale, mając przy sobie jedynie kilka drobiazgów zgarniętych w biegu, nadal w białej koszuli i niewygodnych butach, marzyłam tylko o tym, by ten dzień się skończył i bym mogła iść spać. Gdy okazało się, że oddział jest przepełniony,
i jedyne na co mogę liczyć, to dziecięce łóżeczko na spółę z Młodym, zaczęłam łapać stany depresyjne, a gdy okazało się, że Chorutek budzi się z płaczem co chwilę i nie dane mi nawet rozsmakować się w spaniu na ograniczonej powierzchni z dyndającymi w powietrzu nogami – przysięgam – myśli samobójcze. W podobnym stanie ducha spędziłam cały kolejny dzień, nosząc płaczącego i marudnego  Wojtka NON-STOP na rękach – było tak źle (mi;-)), że nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Gdyby nie pomoc Najwspanialszej Mamy na Świecie, która przyszła do nas i nosiła go kolejne dwie godziny – ryczałabym jak bóbr z bezradności i zmęczenia. Było źle – było mi bardzo źle. Wybaczcie, że tak mało uwagi poświęcam mojemu cierpiącemu synkowi, ale lekarze uspokoili mnie że jest lepiej, poza tym…byłam tak wyczerpana, że zupełnie nie miałam siły się martwić. I gdy myślałam, że już gorzej być nie może, Wojtek…zaczął się drzeć. Tak głośno, tak przejmująco, tak intensywnie, że naprawdę się przestraszyłam! Odkąd skończyły się kolki, nie widziałam go w takim stanie! Wyginał się, jakby chciał zrobić salto, odpychał, płakał i krzyczał równocześnie, jak obdzierany ze skóry! To było najbardziej męczące 45 minut mojego życia, gdy zbierałam w sobie resztki okruchów mocy by utrzymać na omdlewających już rękach tego małego szalejącego Dziada;-) I  gdy serio czekałam już na to, by ktoś mnie zabił, przyszedł  lekarz (prawie zabił mnie swoją gadką, ale to już temat na kolejny wpis;-)) i zaordynował Młodemu czopka z paracetamolem. I wtedy poczułam ulgę, która zaczęła we mnie rosnąć odwrotnie proporcjonalnie do kwadratu stopnia pobudzenia mojego syna, by osiągnąć apogeum w chwili jego zaśnięcia.

Niestety jestem typem, który musi porządnie dostać po pewnej części ciała, by się czegoś nauczyć. Ten pobyt w szpitalu był jednak dla mnie doskonałą szkołą życia. Nauczyłam się bowiem, że.. nie warto niczego odkładać na potem (o takich banałach, jak golenie nóg czy pedicure już nawet nie wspomnę, a gdy się ląduje w szpitalu to absolutna podstawa – na szczęście tym razem mi się udało;-)), że nie można tylko zużywać energii, nie można kumulować zmęczenia, zwłaszcza wtedy, gdy jest się matką. Dlaczego? Bo nigdy nie wiadomo, kiedy nasze siły będą nam potrzebne. I wcale nie musicie trafić na oddział – wystarczy jelitówka, wystarczy ząbkowanie czy jakaś inna dzika faza Waszego potomstwa, gdy odbiją się Wam czkawką wszystkie momenty, gdy myślałyście ,,jeszcze tylko…i odpocznę”.  Nie da się spokojnie przetrwać trudnych momentów macierzyństwa, bez zmagazynowanych sił. Bez rezerw, o które tak rzadko dbamy. Bez przekonania, że dam radę i optymizmu, że starczy sił. Ja sama jestem sobie winna- pobyt w szpitalu był dla mnie naprawdę traumatyczny – właśnie dlatego, że dbanie o siebie przekładałam ,,na potem”. Że nie słuchałam swojego organizmu, że  ignorowałam wszystkie sygnały, które do mnie wysyłał. Dziś dziękuję Bogu, że skończyło się tylko tak – na trudnych momentach i chwilach załamania, bo wiem, że mogło znacznie gorzej! Apeluję więc dzisiaj do samej siebie i ..do każdej z Was!

Jesteś matką? Najpierw zadbaj o siebie! O swoje zdrowie, o swoje siły, o swój sen i regeneracje. Bez tego nic nie wskórasz, bez tego nikomu nie pomożesz bo… może Cię w ogóle nie być!! Odpuść tam gdzie możesz i nie odpuszczaj, jeśli chodzi o Ciebie! W tym szalonym locie nazywanym życiem  maskę z tlenem zakładaj najpierw sobie;-)

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *