Najpierw człowiek, potem matka

 

Przechodząc przez bramki, czułam to dziwne napięcie. Niespełnioną groźbę, że coś się nie uda, że ,,zapyka”, że nie przejdę. I choć wiedziałam, że wyglądam dokładnie jak milion innych kobiet, które przechodzą tamtędy każdego dnia, napięcie wciąż rosło. Wiedziałam, że to normalna, zwykła procedura – że każdemu się tak przyglądają – a jednak coś rosło mi w gardle i czułam, jakbym faktycznie miała coś do ukrycia. Gdy więc Pani w czarnym uniformie, spoglądając na moją ,,człowieczą” koszulkę odezwała się do mnie – zamarłam…  ,,Dlaczego nie kobieta?” – zapytała, nawiązując do napisu na samym środku…zastygłam w bezruchu, zmrożona nie tyle pytaniem, co sytuacją.. ,,Bo przede wszystkim człowiek” – palnęłam po krótkiej chwili bez namysłu, gdy poczułam spokój, że wszystko ok.

Myślałam jeszcze przez chwilę o tym pytaniu…aż koszulka z napisem ,,kobieta” wydała mi się ostatecznie zupełnie anty-feministyczna – i pewnie już bym takiej nie kupiła, nawet gdybym jakimś cudem spotkała. ,,Przede wszystkim człowiek” – powtórzyłam w myślach frazę, która miała stać się motywem przewodnim wyjazdu.

******************************************************************

Podróż bez dzieci kojarzyła mi się z ciszą i… niepokojem. Trochę o to, jak sobie beze mnie poradzą i znacznie bardziej o to, jak ja zniosę rozstanie. Zwyczajnie lubię mieć je blisko – na wyciagnięcie ręki. Ta złocista główka, oparta o moje ramię czy brudna, lepka rączka na twarzy od dawna wydawała mi się spełnieniem marzeń o spokoju. O dawna, ale…nie zawsze. Nie tym razem – bo ,,tym razem” miałam naprawdę dosyć tych wszystkich drobnych wyrzeczeń, które jako matka ponosiłam każdego dnia. Chciałam po prostu odpocząć. Wypić ciepłą kawę, zjeść jakąś bajeczną pastę i powoli sączyć białe wino w jakiejś urokliwej, wąskiej uliczce, jakich nie brak w Rzymie. O, tak – zdecydowanie marzył mi się dorosły spokój i dorosły relaks, bez pieluch i zupek w tle.

 

Na początku z zachwytem chłonęłam każdą chwilę, gdy SAMA odbierałam bagaż, gdy sama stałam w kolejce po colę i sama czekałam na peronie na pociąg. Oczywiście wokół byli inni ludzie, była moja Sis i koleżanki, choć równocześnie byłam właśnie sama, bo tylko jedna, bo tylko za siebie odpowiedzialna. I było mi z tym dobrze. Tak normalnie, po ludzku – dobrze. Gdyby ktoś mnie wtedy spytał, czy to już ten moment szczęścia, na który liczyłam,  bez wahania bym mu przytaknęła – okazało się jednak, że najlepsze wciąż było przede mną;-)

 

Często podkreślałam w różnych miejscach, jak ważna jest dbałość o własne zasoby. By móc dawać innym, by dzielić się miłością, by mieć cierpliwość na spokojne wyjaśnianie świata dzieciom trzeba najpierw zadbać o siebie, o swoje samopoczucie, siły, komfort. Traktowałam to jednak bardzo instrumentalnie – zadbanie było więc posiłkiem o regularnych porach, wodą, snem, książką czy filmem. Było też odpuszczaniem, gdy cos przekraczało moje siły, było kompromisem pomiędzy oczekiwaniami innych a własnymi możliwościami. Dopiero w Rzymie jednak, kilka chwil później,  zrozumiałam, że własne zasoby, że uważność i sposób w jaki funkcjonujemy z innymi zaczyna się od DOSTRZEŻENIA siebie. Od tego magicznego zdania, że najpierw i przede wszystkim jestem człowiekiem, dopiero potem matką, żoną czy koleżanką.

 

Gdy więc miejsce początkowego zachwytu zajęła konstatacja aktualnej sytuacji, poczułam dokładnie co to znaczy dla mnie być człowiekiem. Tu i teraz.

 

Gdy stałam wśród ruin na Forum Romanum, myślałam o schyłku starożytnego świata, o tym, jak upadały Imperia i o tym, jak los całej ludzkości powtarza wciąż od nowa ten sam schemat wielkości, ruiny i odradzania się – byłam człowiekiem. Wsłuchana w historię, czująca niezwykłość i tajemnicę, która się przede mną odsłaniała w tamtej chwili, byłam tam ja.

Gdy patrzyłam na twarz Goliata z obrazu Caravaggia, i te oczy – żywe i martwe równocześnie, doświadczałam tego rodzaju poruszenia i onieśmielenia, które wywołać może jedynie sztuka. Byłam człowiekiem – małym i nieznaczącym, w obliczu dzieła sztuki, które tak wielu przede mną  przytwierdzało na kwadranse do kamiennej posadzki. Czas zupełnie nie istniał – w mojej nowej/starej tożsamości nie miał znaczenia. Nie było pory drzemki czy pory karmienia – była jedynie pora sztuki. I pora zachwytu.

 

 

Gdy siedziałam w malej, włoskiej knajpce, wciągając makaron z pistacjowym pesto,
i rozmawiałam z niezwykłymi kobietami z naszej ekipy, czułam się człowiekiem, wartościowym i pełnym. Nie byłam wtedy matką – byłam jedną z nich – młodych, myślących, świadomych siebie kobiet, dyskutujących w centrum Rzymu, jak w centrum Wszechświata, o kobiecości, kondycji sztuki, czy przemianach społecznych. I to było tak inspirujące i doskonałe doświadczenie, że do tej chwili pozostaję pod jego wrażeniem.

*************************************************************

Czasami warto pojechać gdzieś bez dzieci. Nie tylko po to, by po ludzku odpocząć i oderwać się od codziennego zgiełku. Przede wszystkim dlatego, by móc się sobie przyglądać.

By od nowa wchodzić w relacje z ludźmi bez dziecięcego kontekstu i uczyć się siebie na nowo. By odnaleźć gdzieś w środku tego człowieka, który tak długo mógł czuć się ignorowany i zapomniany  –  i by mocno go przytulić;-)

Warto to zrobić dla siebie. A potem powtarzać regularnie;-)

Polub i udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *