O macierzyństwie bez narzekania czyli moja opowieść o szczęściu:-)

Mam swoja bańkę. I Ty masz swoją. I oni też mają. Zupełnie inną od tej, która akurat Ciebie odgradza od tego, co zewnętrzne, inne, nieznane. Bańka jest prawdziwym fragmentem świata – mojej zamkniętej przestrzeni, w której spotykam się ze sobą  i z ludźmi podobnymi do mnie. To mój urywek rzeczywistości, który czasem pozwala zapomnieć, że jest tylko fragmentem. Mój świat, który nie musi być Twoim. I pewnie nie jest.

 

Gdy wczoraj rozmawiałam z moją kochaną Siostrą o tym, jakie są matki w internecie, zrozumiałam, że ja widzę zupełnie inne matki niż ona. W mojej bańce matki rozpływają się w czułości, całują małe, lokowane główki i łagodnie się uśmiechają, opromienione porannym słońcem i dumą ze swoich pociech.  Obraz prawdziwy. I nieprawdziwy równocześnie, bo najczęściej topiący problemy codzienności, stres, bałagan i frustracje w lukrowanej posypce instagramowego macierzyństwa. 

Lubię moja bańkę, choć czasem drażni mnie, że ten idealny świat wpędza miliony niedoskonałych kobiet w poczucie winy. A czasem i mnie – co już całkowicie bzdurne – kłuje małą igiełką zazdrości.

W bańce mojej siostry matki piją zawsze zimną kawę, biadolą i narzekają, by godnie nosić koronę najbardziej pokrzywdzonych kobiet świata, poświęcających się dla dzieci i uwięzionych w wieży nieprzemyślanych decyzji razem ze swoim głośnym potomstwem. Obraz prawdziwy. I nieprawdziwy. 

Zwykle pisze do Was – kobiety z mojej bańki, mądre, wrażliwe i czułe matki. Zwykle wydmuchuje brokat z zaułków codzienności i deheroizuje naszą rzeczywistość. Dziś jednak pukam do tej drugiej bańki – kobiet, które zewsząd zalewa macierzyński szlam i które nie wierzą, że dziecko to po prostu szczęście. Czasem mają racje. Ale generalnie.. to nie mają;-) 

Zacznę od zdania, które dla mnie – i dla większości znanych mi matek – mogłoby kończyć każdą dyskusję o macierzyństwie (ale nie kończy, bo hm.. jesteśmy Polkami i narzekanie mamy we krwi;-))

Moje dzieci to najpiękniejsze, co mi się w życiu przytrafiło. To największy i najcenniejszy skarb, jaki posiadam. To wreszcie największa miłość, jaką mogę sobie wyobrazić.

Równocześnie jednak to największe i najtrudniejsze wyzwanie, jakie przede mną stoi każdego dnia. To codziennie doświadczanie własnych granic, bolesne odbijanie się od zmęczenia i żmudne poszukiwanie sensu w codziennie powtarzanych rytuałach. To wyrzeczenia, odkładanie marzeń na potem, skarpetki bez pary i zmaganie się z własnymi słabościami. To lęk o dzieci, który zawsze już będzie się tlił. I plany, które trzeba będzie szyć na miarę tych małych ludzi.

Bez moich Maluchów z pewnością byłabym innym człowiekiem. Może skończyłabym nowe studia, może zwiedziła pół świata z plecakiem albo zarobiła miliony monet w jakiejś ważnej i poważnej pracy. Na pewno narzekałabym mniej, na pewno mogłabym pozwolić sobie na więcej. Ale dopiero mając dzieci rozumiem, że to ,,więcej” nie miałoby znaczenia – albo nie ma teraz, gdy już wiem, że najwięcej to właśnie moje dzieci. 

 

I wcale nie chce udawać, że to jest łatwe, bo nie jest. Złoszczę się milion razy dziennie, narzekam jeszcze częściej i popijam tą zimna kawę, która chyba przeszkadza mi najmniej;-) Ale też wzruszam się jak nigdy – i patrzę na moją córkę, która przytula braciszka i tłumaczy mu świat i czuję, że  – jak śpiewa Kortez – ,,o miłości nigdy więcej się nie dowiem”. A gdy Wojtek wtula się we mnie całym swoim małym ciałem, to wiem, po prostu wiem, jak bardzo jestem mu potrzebna – ja, właśnie ja i właśnie taka. A jak ktoś pyta o najpiękniejszy moment mojego życia, to szybko sortuje w głowie te wszystkie niezwykłe chwile z nimi, by wyłuskać moment doskonały..chyba właśnie ten, gdy budzę się rano a moje Okruszki tak spokojnie śpią wtulone we mnie. I czuję dobry, kojący spokój. I wiem, że to jest ta chwila, którą chciałabym przeżywać codziennie. I na której mógłby się skończyć świat.

Wiem, że nie wszyscy chcą mieć dzieci. I pewnie nie wszyscy powinni. Ale dla mnie macierzyństwo to dotykanie życia. Najpełniejsze i najważniejsze doświadczenie egzystencji, dzięki któremu codziennie mierze się ze swoim egoizmem i  – o dziwo – najczęściej wygrywam!  Coś, co mnie zmienia, rozwija i tworzy. Co zabiera wolność, by dać jej jeszcze więcej, gdy wracam zmęczona po starciu ze światem, przytulam moje małe skarby i już wiem, że nasz świat jest tu. Cała reszta po prostu się nie liczy. Czy można dostać więcej?

Polub i udostępnij

2 thoughts on “O macierzyństwie bez narzekania czyli moja opowieść o szczęściu:-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *