Zdradzę Ci mój sekretny sposób…;-)

My, mamy niemowlaków, dryfujemy po cichym, choć niespokojnym oceanie macierzyństwa. I choć dopiero uczymy się pływać, choć czasem zalewa nas fala i walczymy o przetrwanie, to jednak ocean zazwyczaj koi nas swą ciszą. My, mamy niemowlaków, wierzymy w bliskość. Tulimy i nosimy, całujemy i głaskamy – potrzebujemy być blisko i mieć blisko nasze maleństwa. Jak w wielkiej bańce, odcięte od problemów świata na zewnątrz, trwamy w tej symbiozie, cichej, ciepłej i dobrej jak domowa szarlotka i kubek kakao. Nie wierzymy, że mogłybyśmy się kiedyś wkurzyć na to nasze słodkie, doskonałe Maleństwo, tak delikatne i tak bliskie, jak tylko można sobie wyobrazić. Chcemy dać mu cały świat, siebie i swój czas – i wpatrując się w małe, roześmiane oczka czujemy, że posiadłyśmy największe szczęście.

My, mamy kilkulatków, przeżywamy sztorm macierzyństwa. Każdego dnia, o każdej porze.. I choć umiemy już pływać, i choć nie dziwią nas fale i burze, to codzienna walka o przetrwanie zwyczajnie nas wykańcza. Zmagamy się z pracą, brakiem czasu, nadmiarem obowiązków, drugim dzieckiem,  i tym wszystkim, przed czym nie chronią nas już inni. My, mamy kilkulatków,  wierzymy, że nasze dzieci są samodzielne. Skoro pytają o kosmos, znają z nazwy dinozaury i same siusiają,  to już nas tak nie potrzebują. Dziwimy się, jak szybko kończy się  nam cierpliwość, nie rozumiemy, skąd w nas tyle złości.  My, mamy kilkulatków, jedną ręka mieszamy zupę, drugą czochramy po głowie nasze dziecko, w duchu modląc się, by zadawało ostatnie pytanie i dało nam wreszcie chwile oddechu. Nadal chcemy dać mu cały świat, ale aktualnie stać nas tylko na półsłówka, i włączenie bajki.

Nie, nie napisałam tego ze względu na swą patologiczną (i zastanawiająca!) skłonność do metafor;-) Nie, wcale nie po to, by wywołać burzę pod tytułem ,,kto ma gorzej” (czego pewnie nie unikniemy;-). Na Boga – nie po to, by potępić bajki, bo jak wiadomo – bajki są spoko:-) Napisałam, bo chcę Wam zdradzić moje najbardziej przełomowe odkrycie – największy sekret spokojnego macierzyństwa!!!

 

Zazwyczaj, gdy moja córka zmienia się w najbardziej upierdliwą osobę świata, tak wkurzająca, że marzę o wystrzeleniu w kosmos jej albo siebie,  męcząca i namolną, jak wielka mucha brzęcząca nad uchem w porze drzemki, oznacza to…że nie miałam dla niej wystarczająco dużo czasu. Odkąd zrozumiałam, że moje dziecko wkurza mnie bo samo jest sfrustrowane, bo nie ma mojej uwagi i czasu, bo zwyczajnie – potrzebuje mamy, serio prawie krzyknęłam ,,Eureka”! Zamiast szarpać się z nią i próbować jakoś dojść do porozumienia, teraz już rzucam wszystko – dosłownie (Mamo, to dlatego mam czasem taki syf, serio;-p)) i minimum pół godziny poświęcam tylko jej. Oznacza to konkretnie pół godziny… bez telefonu, bez rozmów z innymi, bez myślenia co na obiad i w co się ubrać, wreszcie bez marudzenia i opierniczania się. Pół godziny zabawy na jej warunkach – najczęściej zgodnie z regułami, które są bez sensu (jeśli w ogóle istnieją;-)) w pozycji, która niszczy mój kręgosłup i przeczy zasadom fizyki. Pół godziny, w czasie których moja córka jest moim centralnym centrum wszechświata, pół godziny, gdy zaczyna opowiadać mi o swoich małych smuteczkach, pół godziny, które zazwyczaj okazuje się najlepszym momentem mojego dnia. Potem mogę spokojnie wrócić do mieszania zupy czy telefonu, i wierzcie mi – po irytacji nie ma śladu. Za każdym razem to taki nasz ,,nowy początek” – ona czuje się dostrzeżona i dopieszczona, momentalnie się uspokaja. A ja…przypominam sonie, że to właśnie jest to moje ukochane dziecko, największe szczęście jakie posiadłam! I uświadamiam sobie, jakie to moje dziecko  jest w dodatku…zarąbiste! Spróbujcie tego sami – polecam:-)

 

3 thoughts on “Zdradzę Ci mój sekretny sposób…;-)

  1. Brawo! Świetny wpis 🙂 Ja ostatnio ze wstydem sama przed sobą przyznałam, że chyba – właśnie – maluch jest tym bardziej wkurzający, im mniej czasu mu poświęcamy… a potem jeszcze bardziej się wkurzamy, a maluch jeszcze bardziej jest marudny i koło się zamyka. I faktycznie – chwila sam na sam działa cuda!

    1. Oj, mnie tez to często zawstydza ale cóż poradzić – życie..Ważne że się staramy jak możemy (a jak nie możemy to nadrabiamy;-))

    2. Kochana, nie masz się czego wstydzić – mi ,,wpadnięcie” na to zajęło jakieś dwa lata dłużej;-) Eh, działa cuda i to chyba w każdej relacji;-)Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *